sobota, 5 września 2009

Dobry, zły i brzydki... kredyt gotówkowy i jego wspólnicy

Jestem zdecydowanym przeciwnikiem wszelkich form kredytowych, jeśli nie jest to konieczne. Jednakże są w życiu sytuacje, które nie pozwalają obejść się bez kredytu, bo nasz poziom zamożności nie jest w stanie zapewnić wszystkich potrzeb egzystencjalnych – nie każdy może sobie dziś pozwolić na własne mieszkanie lub wybudowanie domu za gotówkę. Ale to tylko największe inwestycje tego typu, które w znaczący sposób mogą obciążyć domowy budżet.
Cały rynek bankowy oraz instytucje finansowe oferują szeroką gamę produktów kredytowych na każdą kieszeń i w zależności od potrzeb – od prostych pożyczek i kredytów gotówkowych i konsumpcyjnych, całego systemu sprzedaży ratalnej, linii kredytowych i debetów w koncie osobistym, kart kredytowych, kredytów samochodowych, hipotecznych i konsolidacyjnych.
Każdy z tych produktów ma określone parametry i jest przeznaczony na określony cel, ale dla wygody klienta (i korzyści banku lub instytucji finansowej) ma zaspokoić jego potrzeby. Wszystko uzależnione jest od naszego wynagrodzenia – im wyższe wynagrodzenie, tym wyższa zdolność kredytowa i możliwość zadłużenia. Ma to ogromne znaczenie w przypadku najcięższych w skali kredytów hipotecznych – wiążemy się z bankiem na okres trzydziestu lat, a sen z powiek spędza nam dług w wysokości kilkuset tysięcy złotych (lub innej waluty).
Wszystko jest pod kontrolą, gdy decyzja o wzięciu kredytu, jego warunkach, zobowiązaniach i wszystkich kosztach, które trzeba ponieść (nie tylko finansowych), jest przemyślana i świadoma. Źle się dzieje, gdy podejmujemy nasze decyzje kredytowe pod wpływem chwili, emocji, aby tylko otrzymać interesującą nas kwotę.
Mimo tego, że nasze społeczeństwo ma coraz większą edukację finansową, banki nadal bazują na niewiedzy klientów, aby zwiększyć swoje zyski. Klienci niekiedy ograniczają swoje pytania do oprocentowania kredytu, wysokości rat i ich liczby. Ale kredyt nie składa się tylko z tych elementów. W jego skład wchodzi również prowizja (płatna w chwili udzielenia kredytu lub wliczona w raty), koszt sporządzenia umowy, prowizja za udzielenie kredytu, a także zestaw dziwnych – moim zdaniem niezgodnych z prawem lub wykorzystujących luki w prawie – obowiązkowych, czyli płatnych dodatkowo, ubezpieczeń, które mają prawdopodobnie przynajmniej pozornie podnieść bezpieczeństwo kredytobiorcy, ale na pewno zwiększyć zyski banku. Bank nie jest instytucją charytatywną – szuka zysku wszędzie.
Gdy zmniejsza się wysokość raty, automatycznie wydłuża się czas trwania kredytu – jego koszty rosną i w ostatecznym rozliczeniu jest on droższy. Ten zabieg stosowany jest głównie w przypadku kredytów konsolidacyjnych, gdy przedmiotem pożądania staje się gotówka potrzebna chociażby na to, by refinansować inne, zaciągnięte pożyczki. Poza tym marża na tym produkcie jest najwyższa. W okresie kryzysu zawsze następuje odejście od produktów o niskim ryzyku i niskich prowizjach na rzecz tych prostszych, o krótkim terminie zapadalności i wyższej marży.
Banki, aby zwiększyć sprzedaż, oprócz kredytu gotówkowego, dodatkowo, w ramach tej samej umowy, oferują produkty pochodne (konta osobiste (koniecznie tylko z deklaracją przekazywania wynagrodzenia), ubezpieczenia do kont, karty kredytowe z dodatkowym zastrzykiem gotówki na niespodziewane wydatki), które mają sprawić, że produkt główny, czyli kredyt gotówkowy, ma być (przynajmniej pozornie) tańszy – niższe oprocentowanie kredytu przy posiadaniu innych (płatnych) produktów. A tak naprawdę jest to świadomy proces zwiększania sprzedaży oraz zadłużenia klienta produktami, których nie potrzebuje. Nic nie ma za darmo.
Niekiedy, zamiast gotówkowego kredytu, lepiej jest wziąć limit kredytowy w koncie osobistym i związanymi z tym wszystkimi kosztami i spłacić go w ratach, jak zwykły kredyt gotówkowy lub przed terminem. Kwestia tylko porównania kosztów.
Karta kredytowa to kolejny dostęp do podręcznej gotówki. Banki zyskują na opłatach, prowizjach i odsetkach związanych z funkcjonowaniem karty. Jest to produkt, na którym zarabiają najwięcej, bo łatwość, z jaką wydaje się plastikowe pieniądze (przynajmniej psychologicznie) kusi bardziej od żywej gotówki. Ale tylko umiejętne korzystanie z tego produktu przez klientów może uczynić z niego najtańsze narzędzie kredytowe. Wpłacanie minimalnych kwot, które generowane są na wyciągach, wcale nie zmniejsza naszego zadłużenia, ale pozwala tylko na poprawne funkcjonowanie karty. Zadłużenie wciąż rośnie i może być spłacane przez lata.
Okres bez odsetek (pieniądze za darmo) – główny atut karty kredytowej – jak najbardziej istnieje, ale tylko wtedy, gdy spłacasz całe zadłużenie limitu (z małą nadpłatą) w czasie krótszym, niż okres rozliczeniowy, bo odsetki faktycznie są naliczane każdego dnia od chwili pierwszego użycia karty, i tyczy się on tylko i wyłącznie transakcji bezgotówkowych. Wszystkie inne transakcje nie dotyczą okresu bezodsetkowego i są obarczone dodatkowymi opłatami i prowizjami, które tylko zwiększają zadłużenie.
Jeśli nie chcesz korzystać z karty kredytowej po spłaceniu całości zadłużenia, lepiej wypowiedz jej umowę. Bank raczej nie będzie kwapił się przed terminem do tego, aby przypomnieć ci, że upływa roczny okres trwania umowy i zbliża się opłata za korzystanie (posiadanie) karty kredytowej i przyznanego do niej limitu kredytowego. Dowiesz się o tym dopiero w korespondencji, która dotrze do ciebie po terminie. A tam przykra niespodzianka – opłata za kolejny rok użytkowania karty oraz limitu, a także odsetki za nieterminową wpłatę już naliczone, bo przez roztargnienie lub niedopatrzenie zapomnieliśmy, że jesteśmy posiadaczami takowej karty. I bank zyskał na naszej niewiedzy dodatkową kwotę.
Na wszystkie posiadane kredyty trzeba patrzeć globalnie i mieć świadomość posiadanego zadłużenia. Żeby dobrze je znać, trzeba znać ich szczegóły. I najważniejsze: jeśli już masz kredyty, nie zalegaj ze swoimi zobowiązaniami i spłacaj je w terminie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz