Przejdź do głównej zawartości

Mieć i być

Historia finansów i bankowości przestała być potężną rzeką, przełamującą kolejne tamy i płynącą coraz to innym korytem. Zamiast niej widzimy szeroką równinę, pokrytą rozlewiskiem – plątaniną drobnych i płytkich strug, szerokich i głębokich strumieni, które w większości przypadków mogą płynąć donikąd. Przetrwa najsilniejszy, co nie znaczy, że największy.
Kataklizmy wojen światowych, niespotykany wcześniej postęp technologiczny i idące za nim zmiany w świadomości sprawiły, że normą stało się kwestionowanie norm. Nic nie jest takie, jak było wcześniej. Konserwatyzm ustępuje nowoczesności. Tradycja to przeszłość. Teraz liczy się nietypowy pomysł, odpowiednie przygotowanie, brak obciążeń historycznych oraz elastyczność (czytaj: odpowiedź na potrzeby rynku, reakcje w chwilach kryzysowych) oraz szybka realizacja celów. I najważniejsze – oszczędność.
Piramida hierarchii w finansach i bankowości spłaszczyła się i uległa odwróceniu. Pozycja budowana przez lata może upaść w ciągu kilku godzin. A potęgę da się stworzyć w czasie krótszym i za mniejsze pieniądze, niż poprzednicy. Nikt nie chce zejść dobrowolnie z piedestału.
Największy nie oznacza najlepszy. Liczba zadowolonych klientów i ich portfel stanowią o pozycji danej instytucji finansowej. Mam tu na myśli nie tylko banki, ale całą gamę przedsiębiorstw zależnych, firm doradczych, towarzystw inwestycyjnych, pośredników finansowych i ubezpieczeniowych. Grupy docelowe budują jakość – najlepszy dla najbogatszych, odpowiedni dla klasy średniej, właściwy dla mniej zasobnych. Dla nich tworzone są odpowiednie produkty. Wyczuj trend, stwórz produkt, ładnie go zapakuj i sprzedaj. I bądź pierwszy – zarobisz najwięcej. Konkurencja będzie musiała stworzyć coś innego.
Można powiedzieć, że jaki bank, taki klient – i odwrotnie. Przy czym mogą być odstępstwa od tej reguły.
Nim jeden bank (lub instytucja doradcza) zdąży się ukorzenić, już depczą mu po piętach następni. Każdy zdobywa grono zwolenników (i stara się za wszelką cenę ich utrzymać), ale miejsca jest dość dla wszystkich.
Przetrwają najsilniejsi – ci, którzy mają optymalną ofertę produktowi, ale także największą płynność. Najważniejsza jest dla banków (i nie tylko dla nich) walka o źródła finansowania akcji kredytowej, a jeśli w grę wchodzi utrzymanie płynności, to kwestia ceny schodzi na drugi plan. Tu wygrywa ten, kto może sprzedawać pieniądze, bo ceny kredytów są już naprawdę atrakcyjne.
Walka o klienta wśród banków i innych instytucji zależnych cały czas trwa. Każdy klient znajdzie coś dla siebie. Wystarczy dobrze poszukać. Wielowątkowość rynku jest rozwiązaniem. Klient może tylko zyskać.

Komentarze

  1. Współczesne banki z dobrem klienta nie mają nic wspólnego.

    zazajana.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. mam parę kredytów - żadnych przyjemnosci nie zaznałem

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga