Czy wiemy, gdzie właściwie są nasze pieniądze? Jednego możemy być pewni: nie ma ich w banku, w którym umieściliśmy je na koncie lub lokacie. Zasilają międzynarodowy rynek finansowy. Nie zastanawiamy się również, gdzie mieszka dłużnik oraz w jaki sposób spłaca odsetki. Nie obchodzi to nas, bo daliśmy się uwieść słodko brzmiącej obietnicy banku: „Niech Twoje pieniądze pracują”.
Grupy kapitałowe, banki i inwestorzy stopniowo zaczęli zagarniać majątek publiczny, należący do państwa i obywateli, którzy płacą czynsz, uiszczają opłatę za wodę, ścieki, wywóz śmieci. Na tym polega prywatyzacja. Dochód uzyskany przez nowego właściciela wyprowadzany jest poza granice kraju, w którym został wytworzony.
Państwo to wszyscy jego mieszkańcy. Państwo to my. Tak przynajmniej jest w demokracji. Społeczeństwo nie może funkcjonować bez dóbr publicznych, którymi zarządza państwo, takimi jak szkoły, uniwersytety, środki transportu.
Warto w tym kontekście zastanowić się, czym właściwie jest prywatyzacja? Prywatyzacja majątku publicznego polega na sprzedawaniu go prywatnym inwestorom, czasem nawet dawaniu go w prezencie. To nic innego, jak pozbawianie społeczeństwa majątku. Mówiąc najprościej: społeczeństwo traci pewne dobra na rzecz prywatnego inwestora, który interesuje się nimi tylko ze względu na przyszłe zyski. Ten kuriozalny system, zwany jako leasing transgraniczny, jest stosowany powszechnie.
Często politycy akceptują leasing transgraniczny ze zwykłej niewiedzy, inni zaś kierują się własnym, doraźnym interesem politycznym – nie obchodzi ich, co będzie potem. Takie nastawienie – kierowanie się doraźnym interesem i unikanie odpowiedzialności za to, co wydarzy się później, o to niech się martwią następcy – jest charakterystyczne dla panującej dziś ery neoliberalizmu. Najprościej mówiąc, w neoliberalizmie wszystko sprowadza się do zysku jak najszybszego, jak najwyższego, bez względu na cenę.
W ciągu ostatnich 10-15 lat na skutek globalizacji zmieniła się dystrybucja zysków. Miliony robotników i urzędników musiały przystać na spadek zarobków. Globalizacja zmusiła ich, aby pracowali za niższą stawkę, to zaś doprowadziło do znaczącego wzrostu wpływów w sektorze kapitałowym. Olbrzymie sumy pieniędzy trzeba było natychmiast zagospodarować. Tak narodził się nowy twór, nowa branża – usługi finansowe, banki inwestycyjne, fundusze typu private equity, fundusze hedgingowe. Tan nowa branża to prawdziwy fenomen. Przynosi krociowe zyski nie angażując własnych pieniędzy, ale obce. Pobiera także prowizję od każdej zainwestowanej kwoty.
Fundusze typu private equity inwestują swój, a także powierzony kapitał w przedsiębiorstwa. Restrukturyzują je, a później sprzedają. Ta branża znajduje się w centrum uwagi, ponieważ kupowane są firmy o dość niskim kapitale własnym. Zakup finansowany jest z kredytu, który następnie jest spłacany przez nowego właściciela. Oznacza to, że nabyte przez private equity przedsiębiorstwa muszą spłacać olbrzymie pożyczki, więc brakuje im środków na inwestycje. Wszystko idzie gładko dopóki gospodarka kwitnie, działalność przynosi zyski, koniunktura jest sprzyjająca, a firma wcześniej poczyniła inne inwestycje.
Coraz częściej jednak oglądamy mniej optymistyczne scenariusze. W ostatnim okresie ceny zakupu firm ogromnie wzrosły. To pociąga za sobą wzrost wkładu z zewnątrz i wyższą pożyczkę. Wzrasta ryzyko, że przedsiębiorstwa nie będą mogły spłacić zadłużenia. Brak regularnych spłat powoduje natychmiast zablokowanie konta. Firma przez lata nie ma dostępu do pieniędzy. Nie może robić więc tego, bez czego nie może przetrwać na rynku – nie może inwestować, tworzyć nowych produktów, nowych miejsc pracy.
Nic więc dziwnego, że takie instytucje bywają nazywane szarańczą. To niestety trafne określenie dla funduszy typu private equity z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że ci, którzy posiadają kapitał stają się jeszcze bardziej chciwi. Po drugie: że zarządzający kapitałem otrzymują prowizję. Im bardziej ryzykowne inwestycje, tym wyższy zysk z operacji.
Obowiązuje tu także zasada: zysk dla wybrańców, straty dla wszystkich.
Dlaczego nikt nie próbuje zmienić kierunku sektora finansowego? Jego skutki odczuwają nie tylko firmy, ale także gospodarki narodowe (zwłaszcza w obliczu globalnego kryzysu ekonomicznego). Tymczasem nic się nie dzieje. Podatnicy płacą za błędy ryzykantów, którzy wycisnęli z systemu ostatni grosz, ratują ich firmy przed upadkiem.
Wygląda na to, że w dzieje świata wpisane są coraz to nowe katastrofy. Po każdej z nich wprowadza się nowe zasady, by uniknąć następnego kataklizmu. Po światowym kryzysie gospodarczym zmieniono zasady funkcjonowania banków, obwarowano licznymi ograniczeniami system bankowy, by historia się nie powtórzyła.
Tymczasem pojawiła się nowa tendencja: niczego nie trzeba regulować, rynek sam wszystko ureguluje. Dlatego instytucje kontroli publicznej zaakceptowały fakt, że w sektorze finansowym przestały obowiązywać obostrzenia i został on zliberalizowany. Skutek: obecny system finansowy jest bezwzględny i skierowany przeciwko człowiekowi.
Dzisiaj przywódców wybierają media. Wskazują kto jest dobry, a kto zły, dlatego politycy starają się im przypodobać, by kąpać się w blasku jupiterów. Konkretny, poważny program polityczny coraz mniej się liczy. Główną cechą lidera stał się umiejętność zyskania przychylności mediów, co nie ma nic wspólnego z prawdziwym politycznym przywództwem. Nic więc dziwnego, że na eksponowanych stanowiskach mamy coraz więcej marionetek. Nie potrafią podejmować poważnych decyzji politycznych. Tańczą, jak inni im zagrają. To rodzi pytania o naturę współczesnego kapitalizmu.
Dziś zdecydowana większość handlu światowego przechodzi przez raje podatkowe. Oczywiście nie w postaci fizycznej. Tu wszystko odbywa się na papierze, wyłącznie na papierze. Operacje tego typu dokonuje się po to, aby wyprowadzić kapitał z kraju, w którym został wyprodukowany i ukryć go w raju podatkowym. Dla większości krajów rozwijających się raje podatkowe są prawdziwą katastrofą, ponieważ właśnie tam trafia bezpowrotnie kapitał, który zagraniczni inwestorzy wypompowali z tych państw. Rynek finansowy nie tworzy wartości w ekonomicznym znaczeniu tego słowa. Pozwala jedynie, by kapitał wyprodukowany w jednym państwie kumulował się w innym, gdzie trafi do nielicznej grupy uprzywilejowanych, stanowiących zaledwie 3% ludności świata, a może nawet mniej.
Powszechna deklaracja praw człowieka głosi, że każdy człowiek urodził się wolny i równy pod względem praw i wolności. Jeśli chcemy przestrzegać tej chlubnej zasady musimy zmienić schemat podziału bogactw, kierować się dobrem całego społeczeństwa, a nie interesem uprzywilejowanej grupy.
Jeśli nie zmienimy systemu, powstaną nowe mechanizmy selekcji, pogłębią się podziały między regionami, rasami, religiami. Jedni będą mieli prawo do zasobów naturalnych, inni nie. Jedni będą uważni za cennych, inni za bezwartościowych. Człowiek stanie się towarem, a jego wartość będzie się oceniać w pieniądzach. Wrócimy do ery barbarzyńskiej. To nieuchronne. W ostatecznym rozrachunku cenę zapłaci przeciętny obywatel, tak zwany szary człowiek, zwykli ludzie, którzy nie mają wpływu na to, co się wokół nich dzieje. Jeśli chcą coś zmienić, muszą się zorganizować, muszą znaleźć swojego reprezentanta, kogoś na tyle silnego, że zdoła powstrzymać ten proces.
Jeśli nie zmniejszymy dysproporcji między bardzo bogatymi a nędzarzami, jeśli nie rozwiążemy problemu wyczerpujących się nieodnawialnych źródeł energii i na poważnie nie zajmiemy się ratowaniem środowiska naturalnego, to zło, które zakończyło się wraz z II wojną światową, może wrócić, choć w innej postaci.
_____
Niekiedy bardzo trudno nakreślić plan działania, określić priorytety – trzeba się dostosowywać, czasem improwizować wśród możliwości, które napotykamy w chaosie świata.
Komentarze
Prześlij komentarz