Luka w ustawie podatkowej spowodowała, że pojawiły się depozyty zakładane na jeden dzień, z których dochód był tak niski, że nie pobierano od nich podatku – fiskus tracił na każdej takiej lokacie. Chociaż Ministerstwo Finansów wiedziało o tym procederze, długo zwlekało z uszczelnieniem przepisów, a izby skarbowe wydawały na prośbę banków opinie, że lokaty antybelkowe nie są łamaniem przepisów podatkowych. Politycy nie poczuwają się do winy, choć to oni doprowadzili do uchwalenia złego prawa. Skorzystali z tego klienci banków.
Nieodwołalnie antybelki znikną 30 marca 2012 roku – nowe przepisy mają bowiem tylko trzymiesięczne vacatio legis. Po tej dacie podatek trzeba będzie zapłacić od każdej zarobionej sumy, choćby był to jeden grosz. Zapłacą go nawet ci, którzy założyli lokaty przed tą datą. Ustawodawca szczelnie pozamykał więc wszystkie furtki.
Banki chcą zatrzymać przy sobie antybelkowych klientów. Może się to udać, bo większość z nich chętnie korzysta z wszelkich promocji i raczej nie przeniesie rachunku do banku, który proponuje tylko standardowe oprocentowanie.
Banki kumulują kapitał, a jednym ze sposobów jest obecna wojna depozytowa – oprocentowanie lokat rośnie z tygodnia na tydzień.
Depozytów potrzebują najbardziej banki, które bardziej niż inne zaangażowały się w kredyty walutowe – poduszka płynnościowa jest im potrzebna jak nigdy wcześniej.
Sytuację pogarsza zły stan banków matek – jedna dziesiąta aktywów polskiego sektora bankowego to pożyczki od spółek matek - które w tym roku będą bardzo potrzebowały kapitału: nowe unijne przepisy nakazują im zwiększyć fundusze własne; ponadto banki te mają w portfelach papiery dłużne krajów zagrożonych niewypłacalnością. W tej sytuacji polskie spółki córki muszą coraz częściej liczyć na siebie.
Ale nie tylko to jest zarzewiem wojny o depozyty – na rynku pojawią się lada moment do zagospodarowania środki z likwidowanych lokat antybelkowych.
Depozytów przybywa tak szybko nie tylko z powodu atrakcyjnego oprocentowania, bo do banków trafiają też pieniądze wypłacane z TFI i wycofywane z giełdy, z powodu rosnącej awersji do ryzyka.
Banki walczące o depozyty boją się także tego, że klienci są coraz mniej lojalni i mogą zabrać swoje pieniądze w ciągu kilku dni lub tygodni, a tam, gdzie odsetki są wyższe, pieniądze przepływają szybko. Pojawiła się nowa kategoria klientów, którzy szukają najlepszych ofert i błyskawicznie przenoszą pieniądze tam, gdzie mogą dostać najwięcej. Preferują lokaty na krótkie terminy – co najwyżej do roku. Najbardziej mobilni i dobrze poinformowani klienci, którzy bez wahania przenoszą pieniądze z banku do banku, nie walczą o jakieś nadzwyczajne zyski, lecz o to, by ich oszczędności nie zjadła inflacja i fiskus.
Licytowanie się oprocentowaniem można uznać za hazard moralny – bankowcy podbijają stawki, a jednocześnie wskazują na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Tylko nieliczni wiedzą, że BFG nie udźwignąłby wypłat nawet dla klientów małego banku.
Skutki wojny depozytowej odczują już w najbliższym czasie klienci. Banki podniosą opłaty i prowizje, zwiększy się także oprocentowanie kredytów. Kupując coraz drożej pieniądze, banki zadbają, by je jak najlepiej sprzedać.
Opracowane na podstawie: Krystyna Doliniak, Antybelki last minute, Forbes 2012, Nr 2, s. 102-103 oraz Krystyna Doliniak, Banki idą na wojnę, Forbes 2012, Nr 2, s. 62-64
Nieodwołalnie antybelki znikną 30 marca 2012 roku – nowe przepisy mają bowiem tylko trzymiesięczne vacatio legis. Po tej dacie podatek trzeba będzie zapłacić od każdej zarobionej sumy, choćby był to jeden grosz. Zapłacą go nawet ci, którzy założyli lokaty przed tą datą. Ustawodawca szczelnie pozamykał więc wszystkie furtki.
Banki chcą zatrzymać przy sobie antybelkowych klientów. Może się to udać, bo większość z nich chętnie korzysta z wszelkich promocji i raczej nie przeniesie rachunku do banku, który proponuje tylko standardowe oprocentowanie.
Banki kumulują kapitał, a jednym ze sposobów jest obecna wojna depozytowa – oprocentowanie lokat rośnie z tygodnia na tydzień.
Depozytów potrzebują najbardziej banki, które bardziej niż inne zaangażowały się w kredyty walutowe – poduszka płynnościowa jest im potrzebna jak nigdy wcześniej.
Sytuację pogarsza zły stan banków matek – jedna dziesiąta aktywów polskiego sektora bankowego to pożyczki od spółek matek - które w tym roku będą bardzo potrzebowały kapitału: nowe unijne przepisy nakazują im zwiększyć fundusze własne; ponadto banki te mają w portfelach papiery dłużne krajów zagrożonych niewypłacalnością. W tej sytuacji polskie spółki córki muszą coraz częściej liczyć na siebie.
Ale nie tylko to jest zarzewiem wojny o depozyty – na rynku pojawią się lada moment do zagospodarowania środki z likwidowanych lokat antybelkowych.
Depozytów przybywa tak szybko nie tylko z powodu atrakcyjnego oprocentowania, bo do banków trafiają też pieniądze wypłacane z TFI i wycofywane z giełdy, z powodu rosnącej awersji do ryzyka.
Banki walczące o depozyty boją się także tego, że klienci są coraz mniej lojalni i mogą zabrać swoje pieniądze w ciągu kilku dni lub tygodni, a tam, gdzie odsetki są wyższe, pieniądze przepływają szybko. Pojawiła się nowa kategoria klientów, którzy szukają najlepszych ofert i błyskawicznie przenoszą pieniądze tam, gdzie mogą dostać najwięcej. Preferują lokaty na krótkie terminy – co najwyżej do roku. Najbardziej mobilni i dobrze poinformowani klienci, którzy bez wahania przenoszą pieniądze z banku do banku, nie walczą o jakieś nadzwyczajne zyski, lecz o to, by ich oszczędności nie zjadła inflacja i fiskus.
Licytowanie się oprocentowaniem można uznać za hazard moralny – bankowcy podbijają stawki, a jednocześnie wskazują na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Tylko nieliczni wiedzą, że BFG nie udźwignąłby wypłat nawet dla klientów małego banku.
Skutki wojny depozytowej odczują już w najbliższym czasie klienci. Banki podniosą opłaty i prowizje, zwiększy się także oprocentowanie kredytów. Kupując coraz drożej pieniądze, banki zadbają, by je jak najlepiej sprzedać.
Opracowane na podstawie: Krystyna Doliniak, Antybelki last minute, Forbes 2012, Nr 2, s. 102-103 oraz Krystyna Doliniak, Banki idą na wojnę, Forbes 2012, Nr 2, s. 62-64
Komentarze
Prześlij komentarz