Ponad 75% Europejczyków mieszka już w miastach. Na naszych oczach narodził się nowy gatunek człowieka – homo urbanus. Jego przestrzenią życiową są aglomeracje. Tu nie tylko pracuje, lecz również szuka inspiracji, wiedzy i warunków do odpoczynku.
Jakość życia homo urbanus zależy w dużej mierze od przestrzeni. Stąd tak ważną kwestię stanowi fakt, czy jest ona dla niego przyjazna. Czy zapewnia mu możliwość znalezienia równowagi między wyzwaniami zawodowymi a życiem prywatnym?
Czy im więcej posiadanej przestrzeni prywatnej, mieszkalnej, użytkowej, tym więcej miejsca na posiadane rzeczy? Zdecydowane: nie. Jesteśmy konsumentami i kupujemy tak skutecznie, że potrzebujemy coraz więcej miejsca. Ale dokąd to tak naprawdę prowadzi? Wielkie długi (nie tylko) na kartach kredytowych. Negatywne zmiany w środowisku. I taki sam poziom satysfakcji, jak przedtem.
Mniej może znaczyć więcej.
Na pewno każdy kiedyś w przeszłości doświadczył radości z posiadania małego dobytku (na studiach: w akademiku; podróżując: w pokoju hotelowym; na biwaku: robiąc coś z niczego). Być może taka sytuacja dała nam odrobinę wolności, trochę więcej czasu.
Sugeruję, że mniej rzeczy i przestrzeni równa się mniejszemu wpływowi na środowisko, pomaga oszczędzać, daje trochę więcej swobody w życiu. Mniejsza powierzchnia to mniejsze opłaty, czyli oszczędności oraz mniejszy wpływ na środowisko. To także wyższy poziom zorganizowania – brak zbędnych rzeczy.
Jak można żyć na małą skalę? Po pierwsze: bezlitosne ograniczanie. Musimy oczyścić miasta z naszej obecności. Koszulka, której nie nosiłem od lat – czas najwyższy się jej pozbyć (sprzedać, oddać, zutylizować). Musimy wyzbyć się nadmiaru i ograniczać nowe nabytki. Musimy przemyśleć każdy zakup. Zapytajmy samych siebie: „Czy to mnie naprawdę uszczęśliwi?” Oczywiście trzeba kupować i mieć ciekawe rzeczy, które będą nam służyć przez lata, a nie produkty nietrwałe, o krótkiej żywotności.
Po drugie: małe jest piękne. Trzeba wykorzystać w pełni powierzchnię. Zaprojektować rzeczy tak, aby służyły nam na co dzień, nie od święta. Po co nam kuchenka z sześcioma palnikami, skoro używamy ledwie trzech? Potrzebujemy rzeczy składanych, wpasowanych lub w postaci cyfrowej. Wszystkie papiery, książki, filmy – mogą magicznie zniknąć.
Po trzecie: wielofunkcyjne pomieszczenia i wyposażenie. Ruchome ściany i wielofunkcyjne meble pomogą maksymalizować przestrzeń.
Nie mówię, że wszyscy mamy mieszkać na 40 metrach kwadratowych. Rozważcie jednak korzyści takiego rozwiązania. Przy budowie domu lub kupnie mieszkania spróbujcie zejść z 280 metrów do 180, ze 140 do 90.
Większość z nas spędza kilka (przyjemnych) dni w roku na walizkach, na małej przestrzeni w pokoju hotelowym. Wracając do domu zastanówcie się przez chwilę: „Czy mógłbym coś ograniczyć? Czy to dałoby mi więcej wolności? Trochę więcej czasu?” Być może okaże się, że mniej może znaczyć więcej. Zróbmy więcej miejsca na dobre rzeczy.
Jakość życia homo urbanus zależy w dużej mierze od przestrzeni. Stąd tak ważną kwestię stanowi fakt, czy jest ona dla niego przyjazna. Czy zapewnia mu możliwość znalezienia równowagi między wyzwaniami zawodowymi a życiem prywatnym?
Czy im więcej posiadanej przestrzeni prywatnej, mieszkalnej, użytkowej, tym więcej miejsca na posiadane rzeczy? Zdecydowane: nie. Jesteśmy konsumentami i kupujemy tak skutecznie, że potrzebujemy coraz więcej miejsca. Ale dokąd to tak naprawdę prowadzi? Wielkie długi (nie tylko) na kartach kredytowych. Negatywne zmiany w środowisku. I taki sam poziom satysfakcji, jak przedtem.
Mniej może znaczyć więcej.
Na pewno każdy kiedyś w przeszłości doświadczył radości z posiadania małego dobytku (na studiach: w akademiku; podróżując: w pokoju hotelowym; na biwaku: robiąc coś z niczego). Być może taka sytuacja dała nam odrobinę wolności, trochę więcej czasu.
Sugeruję, że mniej rzeczy i przestrzeni równa się mniejszemu wpływowi na środowisko, pomaga oszczędzać, daje trochę więcej swobody w życiu. Mniejsza powierzchnia to mniejsze opłaty, czyli oszczędności oraz mniejszy wpływ na środowisko. To także wyższy poziom zorganizowania – brak zbędnych rzeczy.
Jak można żyć na małą skalę? Po pierwsze: bezlitosne ograniczanie. Musimy oczyścić miasta z naszej obecności. Koszulka, której nie nosiłem od lat – czas najwyższy się jej pozbyć (sprzedać, oddać, zutylizować). Musimy wyzbyć się nadmiaru i ograniczać nowe nabytki. Musimy przemyśleć każdy zakup. Zapytajmy samych siebie: „Czy to mnie naprawdę uszczęśliwi?” Oczywiście trzeba kupować i mieć ciekawe rzeczy, które będą nam służyć przez lata, a nie produkty nietrwałe, o krótkiej żywotności.
Po drugie: małe jest piękne. Trzeba wykorzystać w pełni powierzchnię. Zaprojektować rzeczy tak, aby służyły nam na co dzień, nie od święta. Po co nam kuchenka z sześcioma palnikami, skoro używamy ledwie trzech? Potrzebujemy rzeczy składanych, wpasowanych lub w postaci cyfrowej. Wszystkie papiery, książki, filmy – mogą magicznie zniknąć.
Po trzecie: wielofunkcyjne pomieszczenia i wyposażenie. Ruchome ściany i wielofunkcyjne meble pomogą maksymalizować przestrzeń.
Nie mówię, że wszyscy mamy mieszkać na 40 metrach kwadratowych. Rozważcie jednak korzyści takiego rozwiązania. Przy budowie domu lub kupnie mieszkania spróbujcie zejść z 280 metrów do 180, ze 140 do 90.
Większość z nas spędza kilka (przyjemnych) dni w roku na walizkach, na małej przestrzeni w pokoju hotelowym. Wracając do domu zastanówcie się przez chwilę: „Czy mógłbym coś ograniczyć? Czy to dałoby mi więcej wolności? Trochę więcej czasu?” Być może okaże się, że mniej może znaczyć więcej. Zróbmy więcej miejsca na dobre rzeczy.
Komentarze
Prześlij komentarz