Człowiek pozwolił się wkręcić w tryby konsumpcji, która dyktowana jest ekonomicznym zyskiem, gdzie jedna piąta ludzkości kupuje 90% wszystkich konsumpcyjnych dóbr.
Dziś wszyscy chcą mieć wszystko od razu: żyjemy po to, żeby pracować, a pracujemy, aby zwiększać swój stan posiadania. Nasza kultura wmawia nam, że ciągle nie mamy wystarczająco dużo, żeby być szczęśliwi. Stworzyliśmy świat obfitości, który sprawia, że ciągle chcemy więcej.
Ekonomiści próbują mierzyć poziom zadowolenia społeczeństw wysokością konsumpcji i ugruntowują przekonanie, że nasze szczęście zależy od tego, jak dużo kupujemy. Nie jest łatwo przeciwstawić się koniunkturze na kupowanie – ludzie kupują, mimo że nie potrzebują aż tyle, ale kiedy osiągnie się już konkretny pułap, dalszy przyrost dóbr nie zwiększa zadowolenia z ich posiadania.
Zwykła konsumpcja nie jest złem, ale system, który programuje nas tak, żebyśmy zużywali jak najwięcej już nie jest taki dobry. W pogoni za materialnymi marzeniami – większym domem czy lepszym samochodem – zapominamy o tym, co jest w życiu ważne. Im więcej posiadamy, tym mniej mamy energii i czasu na pielęgnowanie związków, życie duchowe i zawodowe.
Powstrzymywanie się od nierozsądnego wydawania pieniędzy i kupowania niepotrzebnych rzeczy jest koniecznością: ekonomicznie i psychologicznie bardziej się opłaca, ponieważ eliminuje potrzebę produkowania gór rzeczy o zredukowaniej wartości. Musimy szybko rozwinąć w sobie instynkt wystarczalności, ponieważ dochodzimy do punktu, w którym cena, jaką płacimy za każdą dodatkową jednostkę wzrostu gospodarczego, stanie się wyższa niż korzyści, jakie nam ona przynosi. Powinniśmy produkować mniej, ale lepiej, a nasze przetrwanie nie powinno opierać się na wierze w wieczny wzrost gospodarczy, lecz na zrównoważonym rozwoju.
Jakość życia nie ucierpi, jeśli będziemy posiadali mniej, wręcz przeciwnie – im mniej będziesz miał, tym pełniej będziesz żył, bo przecież prawdziwym bogactwem człowieka jest on sam.
Dziś wszyscy chcą mieć wszystko od razu: żyjemy po to, żeby pracować, a pracujemy, aby zwiększać swój stan posiadania. Nasza kultura wmawia nam, że ciągle nie mamy wystarczająco dużo, żeby być szczęśliwi. Stworzyliśmy świat obfitości, który sprawia, że ciągle chcemy więcej.
Ekonomiści próbują mierzyć poziom zadowolenia społeczeństw wysokością konsumpcji i ugruntowują przekonanie, że nasze szczęście zależy od tego, jak dużo kupujemy. Nie jest łatwo przeciwstawić się koniunkturze na kupowanie – ludzie kupują, mimo że nie potrzebują aż tyle, ale kiedy osiągnie się już konkretny pułap, dalszy przyrost dóbr nie zwiększa zadowolenia z ich posiadania.
Zwykła konsumpcja nie jest złem, ale system, który programuje nas tak, żebyśmy zużywali jak najwięcej już nie jest taki dobry. W pogoni za materialnymi marzeniami – większym domem czy lepszym samochodem – zapominamy o tym, co jest w życiu ważne. Im więcej posiadamy, tym mniej mamy energii i czasu na pielęgnowanie związków, życie duchowe i zawodowe.
Powstrzymywanie się od nierozsądnego wydawania pieniędzy i kupowania niepotrzebnych rzeczy jest koniecznością: ekonomicznie i psychologicznie bardziej się opłaca, ponieważ eliminuje potrzebę produkowania gór rzeczy o zredukowaniej wartości. Musimy szybko rozwinąć w sobie instynkt wystarczalności, ponieważ dochodzimy do punktu, w którym cena, jaką płacimy za każdą dodatkową jednostkę wzrostu gospodarczego, stanie się wyższa niż korzyści, jakie nam ona przynosi. Powinniśmy produkować mniej, ale lepiej, a nasze przetrwanie nie powinno opierać się na wierze w wieczny wzrost gospodarczy, lecz na zrównoważonym rozwoju.
Jakość życia nie ucierpi, jeśli będziemy posiadali mniej, wręcz przeciwnie – im mniej będziesz miał, tym pełniej będziesz żył, bo przecież prawdziwym bogactwem człowieka jest on sam.
Cześć,
OdpowiedzUsuńFajny wpis, niech żyje minimalizm!
Interesujący tekst:)
OdpowiedzUsuń