[…] W czerwcu 2006 roku w kijowskim zoo pewien mężczyzna spuścił się na linie w sam środek wybiegu dla lwów i tygrysów. Zsuwając się w dół, krzyczał coś do tłumu gapiów. Według jednego ze świadków wołał, że „kto wierzy w Boga, nie musi się obawiać lwów”, według innego deklarował wyzywająco: „Bóg mnie ocali, jeśli istnieje”. Ów metafizyczny provocateur zjechał na dół, zdjął buty i ruszył w stronę zwierząt; w tym momencie poirytowana lwica zwaliła go na ziemię i przegryzła mu tętnicę szyjną. Czy dowodzi to, że a) mężczyzna był szalony; b) Bóg nie istnieje; c) Bóg mimo wszystko istnieje, ale nie ujawni się z powodu tak tanich sztuczek; d) Bóg mimo wszystko istnieje i właśnie pokazał, że nieobca jest mu ironia; e) niczego z powyższych? […]
Julian Barnes: Nie ma się czego bać, Świat Książki, Warszawa 2010, s. 31-32.
Niekiedy bardzo trudno nakreślić plan działania, określić priorytety – trzeba się dostosowywać, czasem improwizować wśród możliwości, które napotykamy w chaosie świata.
Komentarze
Prześlij komentarz