Przejdź do głównej zawartości

Tymczasowość i stabilizacja

Chcieli używać świata, ale dookoła używanie było jednoznaczne z posiadaniem. Chcieli czekać w dziewiczej gotowości na wielką szansę, ale lata płynęły, a szansy nie było. Inni, może w kajdanach, ale jednak szli naprzód; oni nie ruszali się z miejsca. Dla innych bogactwo stawało się ostatecznie jedynym celem, ale oni wcale nie mieli pieniędzy.
Mówili sobie, że nie jest im tak najgorzej. Może i mieli rację. Ale współczesne życie podkreślało ich niedolę, tuszując niedole innych; to tamci inni wybrali słuszną drogę. Czymże byli: „wolnymi najmitami”, wolnymi strzelcami, facetami z księżyca? Co prawda czas w pewnym sensie pracował na nich, a ich obraz świata mógł wydawać się porywający. Była to jednak – zgadzali się co do tego – wątpliwa pociecha.

Postawili na tymczasowość. Pracowali tak, jak inni studiują: dowolnie dobierali sobie rozkład zajęć. Obijali się, jak tylko studenci potrafią się obijać.
Ale ze wszystkich stron czyhały na nich niebezpieczeństwa. Pragnęli, aby ich dzieje były dziejami szczęścia; za często było to szczęście zagrożone. Byli jeszcze młodzi, ale czas płynął szybko. Podstarzały student to żałosna postać; wykolejeniec, miernota – jeszcze żałośniejsza. Bali się.
Nie brakło im wolnego czasu; ale czas pracował także przeciwko nim. Trzeba było płacić za gaz, elektryczność, telefon. Odżywiać się codziennie. Ubierać się, odnawiać mieszkanie, zmieniać pościel, oddawać bieliznę do prania, koszule do prasowania, kupować obuwie, jeździć pociągiem, kupować meble.

Czasami troski ekonomiczne pochłaniały ich bez reszty. Myśleli o nich bez przerwy. Nawet życie uczuciowe w dużej mierze wiązało się z finansami. Wszystko prowadziło do wniosku, że ich wspólne szczęście rozkwitało, gdy byli nieco bogatsi, gdy nie musieli liczyć się z każdym groszem, gdy żaden przymus nie ciążył nad ich miłością. Ich upodobania, kaprysy, pomysły, apetyty zlewały się w jedną, identyczną wolność. Ale to były chwile wyjątkowe; częściej wypadało walczyć; przy pierwszych oznakach deficytu nierzadko dochodziło między nimi do krótkich spięć. Kłócili się o byle głupstwo […]
Pieniądz wznosił się między nimi jak przegroda. Jak mur, jak rodzaj buforu, o który wciąż się obijali. To było coś gorszego od nędzy: ciągłe braki, liczenie się z groszem, ciułanie. Żyli w zamkniętym świecie swego zamkniętego życia, bez przyszłości, bez widoków, prócz nierealnych cudów, niemądrych, bzdurnych mrzonek. Dusili się. Czuli, że idą pod wodę.

[…] Niech tylko któregoś dnia coś się stanie, niech któraś z agencji zamknie budę albo szefowie uznają ich za nazbyt starych czy niesystematycznych w pracy, albo któreś z nich zachoruje, a wszystko runie. Nie mieli ani osiągnięć, ani widoków. Nie dawało im to spokoju. Wciąż mimo woli wracali do tej myśli. Wyobrażali sobie, jak to miesiącami będą bez pracy, przyjmując – byle wyżyć – doraźne zajęcia, zapożyczając się, żebrząc. W takich razach mieli chwile czarnej rozpaczy; marzyli o biurze, stałej posadzie, dniach pracy, stanowisku. Ale te obrazy doprowadzały ich do jeszcze gorszej rozpaczy, zdawało im się, że nie mogą rozpoznać siebie w obrazie – choćby promiennym – człowieka ustabilizowanego; dochodzili do wniosku, że nienawidzą hierarchii i skądinąd, od świata, od Historii przyjdzie jakieś cudowne czy niecudowne rozwiązanie. Ciągnęli dalej swe życie zdane na los szczęścia; odpowiadało ono ich naturalnym skłonnościom. W świecie pełnym niedoskonałości ich życie – łatwo to sobie wmawiali – nie było takie znowu najgorsze. Żyli z dnia na dzień; w parę godzin wydawali to, co zarobili przez trzy dni; często zaciągali pożyczki, jedli paskudne frytki, dzielili się ostatnim papierosem, czasami godzinami szukali biletu do metra, który gdzieś się zapodział, nosili nicowane koszule, słuchali zużytych płyt, podróżowali autostopem i dosyć często przez miesiąc i dłużej nie zmieniali pościeli. Gotowi byli wierzyć, że w sumie takie życie ma swój urok.
[…] Zdawało im się, że ta właśnie droga, a raczej brak wytkniętej drogi określa ich doskonale; i nie tylko ich, ale całe pokolenie rówieśników. Poprzednie generacje – mówili sobie – były w stanie osiągnąć pełniejszą samowiedzę, a zarazem wiedzę o świecie, jaki zamieszkiwały.

Georges Perec: Rzeczy, Książka i Wiedza, Warszawa 1982, s. 68-73.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga